W „Historiach przedhistorycznych” zakochaliśmy się od pierwszego czytania.
Trudno bowiem nie docenić języka, humoru i tego całego literackiego kunsztu, jakim niewątpliwie ta pozycja się cechuje. Ja- filolog polski ( i z serca, i z wykształcenia) nie mogę tego nie doceniać. W natłoku banałów współczesności, ta pozycja po prostu się broni. I to jak!
Mój niespełna czteroletni syn słucha tych opowieści z zaciekawieniem, z otwartą buzią, z serią pytań: A dlaczego, mamusiu? I co dalej, mamusiu? I nie wiem, czy to kwestia „męskiej” tematyki poruszanej w opowiadaniach, czy tego charakterystycznego poczucia humoru, czy sposobu, w jakim mówi się o przeszłości. A może po prostu tego, czego dzisiaj zwyczajnie brakuje fajnej, mądrej, interesującej lektury, która nawet dla takiego malucha wydaje się być ciekawą kontrpropozycją dla tego, co powszechnie dostępne.
To zadziwiające, że ta pozycja aż tak spodobała się mojemu dziecku. Nie ma tutaj kolorowych, pstrokatych ilustracji (które dominują w naszej kulturze obrazkowej). Są słowa. Ba! Cały potok słów, który pozwala dzieciom otworzyć oczy, poruszyć wyobraźnię, postawić na kreatywność. Jak? Tak! „Jeżeli przymkniecie na chwilę oczy i trochę się postaracie, to możecie zobaczyć całą tę okolicę, w której działa się nasza historia(…)”.
W naszej biblioteczce Historie Ostrowskiego są numerem jeden. A w Waszej?




